Praia da Ursa

Praia da Ursa to jedno z piękniejszych miejsc, jakie widziałam w Portugalii. Bardzo blisko Lizbony, aczkolwiek trudno tam się dostać. Trudno się dostać z kilku powodów, a każdy z nich jest związany z jakąś przygodą. Po pierwsze nie dociera tam komunikacja miejska, a dostać się tam autobusami to wielka wyprawa. Dlatego trzeba łapać stopa. W Portugalii nie jest to w zwyczaju, ale powiedzmy, że dwie młode blondynki dadzą radę znaleźć podwózkę. Po drugie, dojechawszy do Cabo da Roca, czyli najbardziej na Zachód wysuniętego cypla Europy, trzeba iść dalej około pół godziny pieszo. Prowadzą tam 3 ścieżki. Bardzo ważne jest, abyście wybrali ścieżkę lewą. Nie prawą. A już na pewno nie wybierajcie środkowej. Po trzecie, jest to plaża nudystów (okej to nie ma tak wiele wspólnego z tym, że trudno się tam dostać).

Praia da Ursa oznacza Plażę Niedźwiedzia, bo wielki klif, który stoi w wodzie, miał kształt niedźwiedzia, zanim grawitacja zwaliła połowę jego głowy.

Ja i Kama, dojechawszy na miejsce wybrałyśmy ścieżkę środkową. A przynajmniej to co wydawało mi się ścieżką i to, co jak zapewniałam Kamilę, musiało nią być. W pewnym momencie wyglądało to jak na Mission Impossible, kiedy przyklejona do ściany klifu musiałam zrobić krok nad przepaścią między jednym kawałkiem wąskiej dróżki a drugim. Ale to mnie nie zraziło. Potem musiałam zjechać na tyłku po głaskiej skale. Jak już to zrobiłam, to zdałam sobie sprawę, że ciężko będzie mi wrócić. Że nie da się wrócić. Postanowiłam dotrzeć do kępy trawy, zjeżdżając powoli na pupie, aby łypnąć zza tego, co wydawało się przepaścią i ocenić faktyczną sytuację. W tym momencie na plaży zobaczyłam labradora, który cały czas szedł z właścicielem w pewnej odległości od nas i co było jednym z elementów, świadczących według mnie o tym, że podążamy dobrą ścieżką. Ale zobaczyłam go już u dołu, a nie mijał nas, tzn. że ścieżka była gdzieś indziej. Zaczęło się walenie serca, pocenie dłoni, totalne skupienie i łzy. W końcu zawołałam z góry do dwóch Portugalczyków, którzy wspięli się po obsypujących się kamieniach, żeby sprowadzić najpierw mnie, a potem przerażoną Kamilę. Która zostawiła na górze wszystkie zapasy, bo trzeba zaznaczyć, że miałyśmy ze sobą siatki z supermarketu pełne jedzenia, a także szłyśmy w japonkach. Śmiałam się potem, że ktoś to kiedyś znajdzie i będzie myślał, że to obrzędy “Voodoo”, które rzeczywiście się na tych klifach dzieją (można znaleźć arbuzy, różne talizmany i papki).

Jak już postawiłyśmy stopy na twardym gruncie, poczułyśmy się bardziej żywe niż kiedykolwiek. Trzeba było to uczcić rozebraniem się do naga, skoro jest to plaża nudystów. Oprócz tego, że mogłyśmy umrzeć, był to naprawdę niezapomniany i piękny dzień.

Z powrotem do Lizbony podwiózł nas nudysta.

IMGP0974 IMGP0977 IMGP0988 IMGP1020IMGP1025

Advertisements
1 comment
  1. Agata said:

    fajnie czasami tu zajrzec i powspominac 🙂

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: